Barbara Mudyna
Barbara Mudyna

Wywiad nagrany:

Trzebinia, Polska
25.09.2015

Tagi:


Barbara Mudyna urodziła się 6 stycznia 1937 r. Rodzice: Gabriela i Eugeniusz Raszek Dzieci: Anna, Krzysztof i Wojciech Mudyna Mąż: Tadeusz Mudyna Pani Barbara ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Częstochowie, pracowała jako technolog żywienia.

Urodziłam się dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej, 6 stycznia 1937 r. w Warszawie. Ojciec był zawodowym oficerem, więc w 1939 r. przeniesiono nas do Nowego Sącza, do Pierwszej Dywizji Strzelców Podhalańskich. Tak naprawdę przeniesiono tam ojca, a mama i ja oczywiście podążyłyśmy za nim. Mieszkaliśmy tam do wybuchu wojny. We wrześniu 1939 r. ojciec został dowódcą rezerwistów, szkolił ich i wyjeżdżał z nimi na wschód. Mama i ja jeździłyśmy razem z nim, ale na szczęście w ostatniej chwili, gdy Rosjanie doszli do porozumienia z Niemcami i podzielili Polskę na dwie części, uciekłyśmy z mamą ze wschodu i dostałyśmy się z powrotem do Nowego Sącza. Takie są moje pierwsze wspomnienia z dzieciństwa, ale niewiele z niego pamiętam. Później wyjechałyśmy do babci, do Trzebini, gdzie mieszkam do dziś. Trzebinianką jestem od bardzo, bardzo dawna.

Co Pani pamięta z czasów drugiej wojny światowej?

Pamiętam moment przechodzenia z Rosji na stronę niemiecką, bo Niemcy zajęli część Polski. To było w Przemyślu, przechodziłyśmy przez most kolejowy. Szłyśmy, a ja się przewracałam, bo na tym moście były progi, a między nimi kamienie, więc moje kolana były strasznie pokaleczone. Mimo to przeszłam z mamą tę drogę i dostałyśmy się do naszego mieszkania. Potem przyszli Niemcy, szukali ojca i broni. Broń oczywiście była w domu, ale na szczęście jej nie znaleźli. Z Nowego Sącza pojechałyśmy do Trzebini, gdzie babcia miała domek. Jednak również tam przyszli Niemcy i wyrzucili babcię z domu. Moja mama była wykształconą osobą i doskonale znała język niemiecki, więc dostała pracę w kopalni „Siersza”. Wtedy ta kopalnia nosiła nazwę „Artur”. Razem z pracą mama dostała maleńkie mieszkanie, pokój z kuchnią, i tam mieszkałyśmy przez całą wojnę we trójkę: babcia, mama i ja. Nie pamiętam tego okresu dokładnie. Przypominam sobie tylko pożar w rafinerii w Trzebini. Pamiętam płomienie, wysokie dosłownie do nieba, i naloty, ale poza tym niewiele.

Czy mogłaby Pani pokrótce przybliżyć historię swojego taty?

Rozstałyśmy się z tatą na Ukrainie, przyjechał w ostatnim momencie na motorze, żeby się z nami pożegnać. Przed wojną były motory marki „Sokół”. Tata przyjechał ponoć na takim „Sokole”. Tyle wiem z opowieści mamy. Pożegnał się z nami, powiedział, że idą na wschód. Ktoś zaproponował mu wyjazd do Rumunii, bo tam uciekali dowódcy, ale on nie chciał zostawić żołnierzy, ponieważ był bardzo obowiązkowy. Nie zostawił ich, wrócił do nich, dostał się do niewoli radzieckiej i zginął w Katyniu. Był w obozie w Kozielsku, najpierw dostałyśmy z mamą stamtąd jeden list, a potem mama pisała do niego po polsku i po rosyjsku, bo taki był wymóg. Nie wolno było też pisać listów, tylko kartki pocztowe. Obie kartki wróciły z pieczątką „return”, z adnotacją, że nie ma nikogo takiego, więc wiedziałyśmy, że zginął. Potem Rosjanie wmawiali nam, że to zrobili Niemcy, a Niemcy, że to zrobili Rosjanie i nic nie było wiadomo. Dopiero później wyszło na jaw, że tata zginął w Katyniu i że to zrobili Rosjanie.

Jak Pani wspomina okres powojenny?

Nie były to szczęśliwe czasy. Nie miałam ojca, wychowywałam się w rodzinie rozbitej. Miałam jeszcze dwie kuzynki, których ojca powiesili Niemcy, bo był w Armii Krajowej, więc wychowywałyśmy się we trójkę. Nie było nam tak bardzo źle, babcia i mama zabiegały o to, żebyśmy miały lepszy los. Po wojnie to był dom sześciu kobiet. Mieszkałyśmy z babcią, mamą i siostrą mojej mamy. One pracowały, a my chodziłyśmy do szkoły. Zdałyśmy maturę w liceum sierszeckim, a potem zaczęły się studia. Ja skończyłam ekonomię, a później założyłam rodzinę. Niewiele pamiętam z dzieciństwa,  krótkie fragmenty, przejście przez most w Przemyślu, o którym opowiadałam. Pamiętam jeszcze, jak ojciec prowadził ćwiczenia wojskowe, że żołnierze pływali w rzece i że ojciec wziął mnie kiedyś na kajak. Pamiętam nawet, jak wyglądał ten kajak. Był biały i miał na dziobie kratkę. Wsiadłam na ten kajak i nie pamiętam, co było dalej. To pewnie z nerwów, bo bałam się tego wszystkiego.