Barbara Wyciszkiewicz
Barbara Wyciszkiewicz

Wywiad nagrany:

Łopuszno, Polska
18.10.2015

Tagi:


Barbara Wyciszkiewicz urodziła się 30.11.1946 roku w Katowicach. Mieszka w Łopusznie ze swoim mężem Jerzym. Ma dwoje dzieci i dwoje wnuków. Pracowała jako nauczycielka przyrody w szkole podstawowej.

Z wiadomych przyczyn Ty wojny pamiętać nie możesz, ale z rodzinnych opowieści mogę wywnioskować, że jesteś w stanie mi przybliżyć losy swoich rodziców. Zacznijmy od matki – co możesz mi opowiedzieć o jej losach podczas drugiej wojny światowej?

Jak słusznie powiedziałaś, ja wojny nie pamiętam, urodziłam się po wojnie, ale co nieco opowiadała mi moja mama. Moja mama urodziła się w roku 1925, a więc w chwili wybuchu drugiej wojny światowej miała 14 lat. I tak nieszczęśliwie się złożyło, że w drugim dniu po wybuchu wojny, w czasie nalotu na Katowice – bo tam się urodziłam i stamtąd pochodziła moja mama – moja babcia zmarła na zawał serca w trakcie ucieczki do schronu z mamą, jej bratem i siostrą. Dla dzieci było to straszne przeżycie, bo moja mama miała 14 lat, jej brat był 3 lata młodszy, a siostra rok starsza. Było to traumatyczne – oprócz napadu Niemiec na Polskę i nalotu jeszcze śmierć matki. To się w pewien sposób bardzo odcisnęło na losach mojej mamy, na jej charakterze, bo przez to stała się później osobą bardzo twardą i zaradną. Musiała jakoś sobie radzić. Podobnie jak większość dzieci mieszkających na Śląsku, mama musiała chodzić do szkoły niemieckiej, bo takie były wymagania. Ukończyła niemiecką szkołę zawodową i następnie musiała iść do pracy. Pracowała w znanej fabryce mydła. Z tego co pamiętam, jej właścicielem był Niemiec, nazywał się Kołłątaj. Była to bardzo znana fabryka. Mama później opowiadała mi, że w czasie wojny przerabiali tam tłuszcz przywieziony z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Przerabiano go, czy też dodawano do mydła lub do innych składników. Mama opowiadała mi tylko tyle, że to bardzo źle wpływało na kobiety, a szczególnie na kobiety w ciąży, które wtedy tam pracowały. Dzieci rodziły się z wieloma chorobami, jeśli w ogóle się rodziły. Wydaje mi się, że moja mama pracowała tam do wyzwolenia. Mama pochodziła z rodziny śląskiej. Jak w przypadku wielu rodzin na Śląsku, jej losy były bardzo skomplikowane. Mój dziadek był powstańcem i brał udział w trzech powstaniach śląskich, a jego dwóch braci w czasie wojny opowiedziało się po stronie niemieckiej i po wojnie wyemigrowali do Niemiec. W tym całym nieszczęściu mojej mamie pomogło jedno. Gdy pracowała w fabryce mydła, któregoś dnia przyjechało Gestapo i część osób zabrano na wywóz do Oświęcimia, nie wiem dlaczego, mama mi tego nie opowiadała. Dziwnym trafem jeden z gestapowców zapytał te młode dziewczyny, bo tylko młode dziewczyny tam pracowały, o nazwiska. Gdy mama, któraś z kolei, wymieniła swoje nazwisko, on zapytał, czy pan Wiechoczek, dyrektor jednej z fabryk w Katowicach, jest z nią spokrewniony. Mama odpowiedziała, że jest on bratem jej taty. W ten sposób w tym całym nieszczęściu uratowało ją to, że zabrano ją z szeregu przeznaczonego na wywóz do Oświęcimia. (…) Odkąd mama mojej mamy, czyli moja babcia, zmarła na zawał, od 2 września, moja mama musiała szybko stać się dorosłą osobą. Chociaż jej siostra była rok starsza, to była bardzo słabego zdrowia, zresztą też zmarła w czasie wojny na zapalenie płuc. Brat był młodszy, więc wszelkie obowiązki spadły na moją mamę – obowiązki takie jak prowadzenie domu i praca. Wszyscy młodzi ludzie musieli po szkole obowiązkowo iść do pracy. Wiem, że wspominała to z ogromnym żalem, że zabrano jej dzieciństwo. (…) Powracając do wspomnień o mojej mamie, przypominam sobie, że jako młoda dziewczyna prawdopodobnie pracowała w jakiejś ochronie kolei, bo na jednym ze zdjęć ma na sobie mundur niemiecki. Nie potrafię tego rozszyfrować, mama nigdy na ten temat nie mówiła. Wiem tylko, że pracowała w jakichś służbach mundurowych.

Równie interesujące są losy Twojego ojca, który był między innymi przymusowym robotnikiem w Niemczech. Co możesz mi o nim opowiedzieć?

Mogłabym opowiedzieć wiele dobrego, ale wrócę konkretnie do pytania dotyczącego okresu drugiej wojny światowej i po niej. Moi rodzice poznali się pod koniec wojny. Jako małe dziecko zawsze interesowałam się tym, dlaczego mój tata nie ma palców u lewej ręki. Najpierw zbywał to żartem, później, gdy troszeczkę podrosłam, opowiedział mi, jak to się stało. W czasie wojny, gdy był młodym chłopcem, został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec, jak zresztą wielu Polaków. Pracował, z tego co pamiętam, koło Dortmundu w fabryce. Nie wiem, czy to była fabryka drewna, tartak, czy fabryka mebli, w każdym razie coś związanego z drewnem. Tam w czasie pracy maszyna ucięła mu palce u lewej dłoni. Leżał później w szpitalu, bodajże w Dortmundzie. Oczywiście po wyjściu ze szpitala nie nadawał się już na robotnika przymusowego, bo został inwalidą. Wrócił do Polski, do swojego rodzinnego domu. Rodzice opowiadali mi, że po wojnie – nie wiem, w których to było latach, bo ja byłam wówczas małym dzieckiem – mój tata dostał rentę inwalidzką, oczywiście od rządu polskiego. Wysokość tych rent inwalidzkich była śmieszna. Dopiero kiedy nastąpiła „odwilż”, chyba w latach siedemdziesiątych, za czasów Gierka, powstało Pojednanie Polsko-Niemieckie i oni mieli w swoich archiwach również dokumenty mojego taty. (Sprostowanie – ojciec babci zaczął otrzymywać rentę w roku 1988, natomiast Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie powstała dopiero w roku 1991). Po latach mój ojciec zaczął dostawać rentę bezpośrednio od państwa niemieckiego. Renta ta była wpłacana co miesiąc na konto w banku PKO SA, bo tylko tam można było wpłacać waluty, a renta była wypłacana w niemieckich markach. Ponadto państwo niemieckie naliczyło mojemu tacie pieniądze za te wszystkie lata, kiedy nie pobierał renty, nie wiem, od którego roku dokładnie. Byłam już dorosłą osobą, kiedy tata dostał pismo z informacją, że naliczyli mu tyle i tyle tysięcy marek. To było chyba kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy marek, wiem, że na tamte czasy były to ogromne pieniądze. Oczywiście państwo polskie wypłaciło je mojemu tacie po jak najniższym kursie, zresztą nie tylko jemu. Myślę, że zrobiono to wielu osobom, bo nie był wtedy jedyny. Nie było więc tych pieniędzy aż tak dużo, żeby mogło to pomóc rodzicom w późniejszym życiu, żeby mogli sobie dzięki nim pozwolić na wiele rzeczy. Dlatego mieli troszeczkę żalu.

Jak myślisz, czy przejścia, czy losy Twoich rodziców w jakiś sposób wpłynęły na Ciebie, na Twoje życie, na to, jak postrzegasz wszystko?

Myślę, że tak. Po prostu inaczej patrzę i zawsze inaczej patrzyłam na sprawy polsko-niemieckie. Gdy wyszłam za mąż w 1968 roku, przyjechałam na Kielecczyznę, do województwa świętokrzyskiego. Pamiętam, że zawsze sprawiało mi ogromną przykrość, gdy znajomi twierdzili: „Jak to? Ty nie znasz języka niemieckiego? Przecież ty jesteś z Katowic, ze Śląska, to ty jesteś Niemką.” Taki panował stereotyp w tamtych latach. To było kilkadziesiąt lat temu, teraz czasy się zmieniły, teraz nikt już tak nie myśli. Ale wtedy sprawiało mi to dużą przykrość, ponieważ zawsze czułam się Polką i i nie rozumiałam, dlaczego myślą, że ja jestem Niemką i muszę znać język niemiecki? (…) Przypomniała mi się jeszcze jedna bardzo ciekawa rzecz. Pod koniec lat siedemdziesiątych, początek lat osiemdziesiątych, wtedy, kiedy nie wszyscy mogli wyjeżdżać za zachodnią granicę – trzeba było mieć paszporty, starać się o wizę, było z tym bardzo dużo problemów – pojechałam pierwszy raz do Niemiec. I jakież było moje zdziwienie co do Niemców, miejscowych. Byłam wtedy w miasteczku wypoczynkowym, więc rdzennych mieszkańców, rodowitych Niemców było tam niewielu, same hotele i domy wypoczynkowe. Byłyśmy we dwie, oprócz nas nie było tam nikogo z Polski. Byłam ogromnie zdziwiona szalenie miłym przyjęciem i przez młodzież niemiecką – wtedy też byłam młoda – i przez ludzi starszych. To wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Później przez wiele lat, nawet w Polsce, zawsze zwracałam uwagę ludziom, którzy nie wyrażali się o Niemcach w superlatywach, bo miałam troszeczkę inne zdanie.