Darija Zawojśka
Darija Zawojśka

Wywiad nagrany:

Werbiwka, obwód iwano-frankiwski
03.10.2015

Tagi:


Darija Zawojśka urodziła się 3 lipca 1950 roku we wsi Werbiwka, w perehinśkim rejonie, obwodzie Stanisławskim (obecny obwód Iwano-Frankiwski). Ojciec Darii należał do UPA. Większość życia pracowała jako kasjerka w banku. Dziś żyje w Werbiwce i ma 6 wnuków.

Ostatnie lata wojny. Wspomnienia rodziców.

Nie wiem, czy to był 47. Syna zabili i powiedzieli, że był „banderowcem”. Wszystkich wysiedlili. Zostawili tylko chatę. Wielu zabili w bunkrze, zabrali ich. Bunkier był koło Hurśkiego. Chłopcy nie poddawali się. Sami otworzyli ogień. Bo mieli widok na drogę, a żołnierze byli wszędzie. Nie poddawali się. Wszyscy walczyli.

Gospodarze jeszcze i chatę podpalili. Moskale ich (ciała) wywieźli. I tak powrzucali na wóz tak jak bydło. I matka szła z tyłu, i nie miała prawa płakać. Wlokła się głowa jej syna, a mama mówi dajcie ja temu dziecku głowę położę (na wóz). On ją pyta: „To twój syn?” Matka wyparła się swego syna.

Były ciężkie lata. Bardzo. Zginął mąż mojej ciotki.  Powieźli do Perehińska i tam pochowali.

ZSRR

Trzymali nas jak bydło. Te szczury w klatce. Nigdzie nie było tak dobrze jak w Związku Radzieckim. Teraz tak nie biedujemy. Ale nasi rodzice bardzo biedowali. Pojmali męża ciotki i do więzienia do Perehińska.

Wysłali go na Sybir. Ciotka  ukrywała się w domu. I gdy do niej zaszli (żołnierze). Powiedzieli: „Jak masz na nazwisko?” – „Chemij”. Gdyby powiedziała Melnyk, to by ją zabrali. A Chemij, no to i nie brali.

Potem pojmali ją „moskale”. Bo nikt nie chciał iść do kołchozu. Jeden moskal chciał przywiązać ją do konia. Ale wtedy mój dziadzio był głową rady gminnej. Był tam gdzieś, i ją poznał. No i mówi mu. Co ty będziesz ją do konia przywiązywać .Weź i zlej ją porządnie po dupie.

Ciotuchnę odwiązali. I tak ją stłukli, że dwie niedziele leżała na brzuchu. Babcia smarowała jej dupsko gęsim pierzem i smalcem. Tak była zlana. Mama tak mówiła. Mojego tatę pobili w Perehińsku, gdy go złapali. Bo służył w UPA. Ale to potem, jak już wojna się skończyła. Gdzieś w Hrabiwce zebrało się wielu powstańców. I przyjechał taki generał, który powiedział tak: „Przegraliśmy wojnę. Ukrainy nie będzie. Moskal wziął Ukrainę. Rozejdźcie się. A my idziemy za granicę i będziemy walczyć stamtąd”.

To było na pewno w 1946, czy 1945. Wszyscy się rozeszli, została tylko grupka kadrowa. I jeszcze ruscy podsyłali swoich. Były donosy.

Tatę jak pojmali, to mocno bili. Dziadzio był głową rady gminnej, a niczego nie mógł zrobić. Tak bili…

Dziadzio się dogadał. Powiedzieli, kiedy tata wróci. Tato jako jedyny pozostał dziadkowi. Bo starszego syna zabrali do Niemiec. Średni przepadł bez wieści, tylko tato się ostał. Wzięli konie i pojechali po tatę. Wyrzucili go na dwór, to była zima. Od razu zawinęli w pled. Tato nie pamięta. Dziadzio opowiadał. Odwieźli do Kranego i wzięli inne konie. To już nie było co wieźć… Kiedy przywieźli do lekarza, ten pyta: „Co, Bandera?” Tato niczego nie odpowiedział. Nogi i żyły były pochlastane, krwiaki. Część skóry powycinali. Nie było palucha. Zawsze go bolała ta noga.

Tak ciężko bili wrogowie! Tak jak teraz biją dzieci! [wojna na Wschodzie Ukrainy z 2014 do dziś…] Niewinne dzieci! A ten „moskal” przeklęty. Boże mój, Boże! I tak żyli. Romczyku. Tak nas męczyli.

Ludzie nie chcieli kołchozu. Zrywali druty telefoniczne. Stawiali gospodarstwo i zabrali wieśniakom bydło. Biedowali! Mama w miesiąc mogła zarobić na pończochy. Ciężko było! Teraz dziękuję Bogu, że moim dzieciom ciężko.

50 lat rozłąki

Mój wujek był we Lwowie. A potem, kiedy Niemcy się cofali, znikł bez wieści. Tato mówił, że wujkowi było ciężko dostać się do Ameryki. Nie znał języka. Na początku zbierał strączki. Kiedy nauczył się języka, to na pewno gdzieś się uczył.

Bo pracował przy ambasadzie. Jako doradca, na pewno. Miał ładny charakter pisma. Taki inteligentny człowiek. Mam zdjęcie z ich spotkania. Kupił tacie garnitur. Żeby byli jednakowi. Wujek był z 1920, a tato z 1922.

Tato, choć młodszy, ale spójrz, jak wygląda. Tu jeszcze wujek z żoną. A to wujkowa rodzina. Tu napisane „4 sierpnia 1990 roku”. Tak i 50 lat się nie widzieli. Wysłałam wujkowi zdjęcie, żeby poznał tatę. Ludzie się zmieniają.

Wujka zabrali Niemcy do Niemiec. Babka zmarła i nawet nie wiedziała, że syn żyje. Nikt nie przypuszczał, że żyje. Bał się, żeby nas nie zesłali na Sybir. Dlatego pisał pod imieniem Ołeny Lubczyn. W 1990 kiedy była Ukraina, to pisał już pod imieniem Franka Wirstiuka.

Брати після 50 років розлуки знову разом
Franko i Fedir Wirstiuk po
50 latach rozłąki

Rodowód mamy

Nie znam braci, ale siostry pamiętam. Pamiętam ciotkę Dubychę. Wywieźli ją na Sybir. Pamiętam ciotkę Prokopychę. Przeżyła 60 lat. A Dubycha przeżyła prawie 80. Została tam. Miała tam dom. Tu nie miała niczego. Syna zabili. Zabili syna i jeszcze na Sybir wywieźli. Ot… i tak wiele. Całą rodziną. Męża ciotki Połahny posłali na Sybir. Tylko siostra została. Drugiego brata też wysłali. Był bardzo inteligentny.

Zmarł w Karagandzie, a tu go przywozili, żeby pochować. Miał dużo pieniędzy. I przywieźli tu jego trumnę. Powiedział, że chce spocząć na swojej ziemi. To byli nieprzejednani Ukraińcy. Jakby ci, co umarli, powstawali, to bardzo by się cieszyli. O co oni walczyli. I jest Ukraina. Nie nosiłam niczego czerwonego. Tato mówił, że czerwony [symbol wojsk radzieckich] to krew.

Są u ciebie Banderowcy?

Nikogo nie zdradził. I nikogo nie wywieźli ze wsi. Wtedy dziadka [dziadek z Petranki był głową rady gminnej] trzymali całą dobę w Perehińsku.

Pytali: „są u ciebie „banderowcy”?” Dziadek mówił:  Nie ma takich u mnie we wsi. Żadnego człowieka nie wywieźli z Petranki. A u nas wywieźli wielu. Nie pamiętam, kto był wtedy głową rady gminnej. Dziadka wtedy zabili (ze strony matki). Zabili w 1945, czy 1946.

Dwa razy był w Kanadzie. Dwa razy przepłynął morze. Cztery razy się przenosił. A tu jego śmierć. I wyrobił dokumenty, żeby pojechać do Ameryki. Ale babka nie chciała. Była z biednej wsi. Mówiła, że nie może zostawić swej ziemi. Dziadek wysłał swoją siostrę do Kanady…