Hans-Jürgen Symanski
Hans-Jürgen Symanski

Wywiad nagrany:

Tostedt, Niemcy
18.10.2015

Tagi:


Urodzony 17 czerwca 1937 roku w Lyck (dzisiejszy Ełk, Polska). W styczniu 1945 roku uciekł z Prus Wschodnich do Niemiec Zachodnich wraz z mamą, młodszą siostrą i dwiema kuzynkami. W roku 1947 lub 1948 z frontu wrócił jego ojciec.

Nazywam się Hans-Jürgen Symanski, mam 78 lat i uciekłem z Prus Wschodnich do Niemiec Zachodnich.

Czy masz jakieś wspomnienia sprzed ucieczki?

Z dzieciństwa – owszem. Miałem wówczas osiem lat i co nieco pamiętam.

Na przykład co?

Jakie mieliśmy zwierzęta [w gospodarstwie], gdzie się bawiliśmy, gdzie chodziłem do szkoły.

Mieliście prawdziwe gospodarstwo czy tylko zwierzęta na własny użytek?

Cóż, mogliśmy żyć z tego [co wyprodukowaliśmy], żyliśmy z tego. W trakcie wojny trzeba było płacić „daniny”, więc wszystko, co wykraczało poza nasz przydział [ilość produktów, która zdaniem władz wystarczała do zaspokojenia potrzeb rodziny] musieliśmy oddawać na potrzeby Wehrmachtu itp.

Czy ludzie mówili o tym, co się działo? Czy rodzice rozmawiali z Tobą o tym, że jest wojna i dlaczego, czy zrozumiałeś to sam z siebie?

Chyba byłem na to za młody. O ile pamiętam, ludzie o tym nie rozmawiali, to był fakt. Tak po prostu było i trzeba było to zaakceptować, i nie gadać za dużo.

Jak to: gadać za dużo?

Jak to mówią? Kto podsłuchuje, nieczęsto usłyszy coś dobrego [niemieckie powiedzenie]. Gdyby ktoś powiedział, że Hitler jest zbrodniarzem, mogłoby się to odbić rykoszetem. Postawiliby go pod ścianą [zostałby zastrzelony].

Byłeś kiedyś świadkiem czegoś takiego czy tylko Ci o tym opowiadano?

Świadkiem nie byłem. Oni wszyscy byli wierni zasadom partii, wszyscy należeli do jakiejś tam partii, brązowych koszul czy jak to się tam nazywało. No i nosili opaski ze swastyką. Nie, osobiście nie byliśmy świadkami takiego incydentu. Ale rzeczywiście raz coś się zdarzyło. Mieliśmy krewnego, nie jestem pewien, ile miał lat, ale na pewno był po dwudziestce, i trochę działał w podziemiu. Raz przyszedł do nas bez zapowiedzi. W naszej okolicy był taki budynek, który nazywaliśmy wieżą. To była wieża obserwacyjna, w której stacjonował Wehrmacht, partia, diabli wiedzą kto. I oni zobaczyli naszego krewnego, gdy do nas szedł, a przyszedł pieszo. Od razu go zabrali i nigdy już o nim nie słyszeliśmy.

Czyli sprawdzili go, zorientowali się, że robi coś, co im się nie podoba, i po prostu go zabrali?

Tak, tak. Mieszkaliśmy na skraju wioski i gdy pojawiał się tam samotny mężczyzna, [ludzie z wieży] dokładnie go sprawdzali, najpierw na odległość, a potem przychodzili.

Kiedy uciekliście?

To chyba był 21 stycznia 1945 roku. O ile dobrze pamiętam, to była niedziela, niedzielne popołudnie. Taki był rozkaz.

Czyli to nie była Wasza decyzja?

Gdyby to była nasza decyzja, już dawno by nas tam nie było. Ale nie wolno było uciekać. To byłoby tchórzostwo w obliczu wroga. Popełnilibyśmy przestępostwo. Nie wolno było uciekać, wolno było robić tylko to, co nakazywały władze.

Co wolno Wam było zabrać ze sobą?

Dobre pytanie. Mieliśmy dwa konie i jeden wóz drabiniasty, tak dobrze przygotowany, jak tylko to było możliwe. Musieliśmy wziąć ze sobą paszę dla koni, nie wiadomo było, co będzie, więc zapakowaliśmy pościel i jedzenie, wszystko, co się zmieściło. Więcej nie dało rady. Moi dziadkowie wyruszyli wozem wraz z końmi, a mama, ja i moje kuzynki pojechaliśmy pociągiem, tak to było zorganizowane. Ale nam też wolno było zabrać worki, do których zapakowaliśmy pościel i tym podobne. Worki, które wzięliśmy ze sobą, były ogromne, ważyły pewnie ze trzy cetnary [ok. 150 kg]. Najpierw zawieźliśmy je na stację kolejową, potem dopiero zapakowaliśmy resztę na wóz i moi dziadkowie ruszyli nim w drogę. Potem czekaliśmy w kościele na następny pociąg. Pociągi nie odjeżdżały już o ustalonych godzinach, powinien był odjechać o 17.45, ale odjechał dużo później. Dlatego spędziliśmy noc w kościele, bo tam było ogrzewanie, inaczej musielibyśmy czekać na zimnym peronie. Gdy czekaliśmy, jedna z moich kuzynek wróciła do domu wydoić krowy, więc mieliśmy trochę mleka. Trzeba było to zrobić, bo krowy już muczały w swoich oborach, już dawno powinny były zostać wydojone i nakarmione. To było straszne, po prostu straszne.

A Twój tata? Był w Wehrmachcie?

Tata był w Wehrmachcie. Był żołnierzem.

Jak długo już go nie było, gdy uciekliście?

Długo, został powołany na samym początku wojny. Najpierw stacjonował we Francji, potem diabli wiedzą, gdzie… był w Norwegii, Finlandii, a na koniec wszystkie siły zbrojne wysłali na front do Rosji.

Mieliście z nim kontakt przez ten czas?

Chyba od czasu do czasu dostawaliśmy listy od niego. Nie jestem pewien. Nie interesowało mnie to.

Nigdy nie pytałeś, gdzie jest tata?

Może i pytałem, gdy miałem pięć, sześć lat. Ale w sumie przecież wiedziałem, „gdzie” był. Czasami nas odwiedzał. Pamiętam, że raz czy dwa razy był na urlopie w domu, na dwa, trzy tygodnie. Wiedziałem, że jest na wojnie, ale nie wiedziałem, gdzie dokładnie.

Czyli żołnierze dostawali urlopy, mogli odwiedzać rodziny?

Tak, ale nieregularnie i to raczej było tylko pięć minut wytchnienia. Nigdy nie dowiedziałem się, jak to wyglądało na froncie, tata nigdy o tym nie mówił po powrocie z niewoli wojennej. Ale nie przyjeżdżał regularnie. Nie tak jak dzisiaj, cztery miesiące w Afganistanie i do domu, przyjeżdżał maksymalnie raz na rok.

Wracając do ucieczki: wiedziałeś, dokąd uciekacie, czy po prostu jechaliście przed siebie?

Taki był plan, żeby przede wszystkim za wszelką cenę wyjechać, ale nic nie układało się tak, jak oczekiwaliśmy. Rosjanie byli wszędzie i nijak nie można było już z nimi walczyć, ani z powietrza, ani na lądzie, byli wszędzie. Ich samoloty docierały daleko, bombardowały wszystko, co się dało. Nic już się nie układało. Dobrze byłoby, gdybyśmy wtedy mogli pojechać bezpośrednio od punktu A do punktu B, ale nawet to nie było możliwe. Pociąg dojeżdżał do jakiegoś miejsca i okazywało się, że tory są zniszczone i trzeba było wracać. Wszystko było kompletnie chaotyczne i nikt nie wiedział, gdzie w końcu wylądujemy.

Czy w trakcie ucieczki mieliście kiedykolwiek bezpośredni kontakt z Rosjanami?

(śmiech) Tak, od razu. Pamiętam to dokładnie. To było na Pomorzu, ale nie pamiętam, gdzie dokładnie. Byliśmy w jakimś domu, a przed nim była łąka. I oni tam wylądowali swoimi samolotami.