Józef Boba
Józef Boba

Wywiad nagrany:

Polanka Wielka, Polska
24.10.2015

Tagi:


Najstarszy członek mojej najbliższej rodziny, mój dziadek Józef Boba, urodził się 26 grudnia 1932 r. w Polance Wielkiej. Wraz z rodziną został przesiedlony do innej miejscowości w 1940 r. Stracił ojca w dniu 9 stycznia 1942 r. Zmarł on w obozie pracy, do którego został wzięty siłą, ponieważ odmówił wydania swojego brata. W 1948 r. Józef odbył dwumiesięczne szkolenie w "Służbie Polsce" (SP). W 1950 r. został powołany do Zasadniczej Służby Wojskowej, gdzie służył przez 2 lata jako saper. W 1959 r. ożenił się z Marią Bratek. Mieli czworo dzieci: Marię, Zofię, Bogdana i mojego tatę Jerzego.

Wspomnienia

Wywiad z Józefem Bobą

DSC_0099

Mam 83 lata. Urodziłem się w Polance. Moi rodzice nazywali się Franciszka i Jan.

A Ty nazywasz się Józef Boba.

Nazywam się Józef Boba.

Wojnę pamiętam dobrze. Miałem wówczas siedem lat i byłem już zapisany do szkoły . Nie wiem, kiedy dokładnie wybuchła wojna. Do taty często przychodził kolega. Rozmawiali o wojnie, o wysiedleniach. Słuchałem tego wszystkiego. Potem budziłem się w nocy, bo byłem tak wystraszony. Później raz zobaczyłem, jak nad polem, za domami, przeleciał samolot i zaczął strzelać. Mówili, że wybuchła wojna. Możliwe, że wybuchła już wcześniej, tylko ja o tym nie wiedziałem. Później, gdy pasłem krowy przy drodze przechodzącej przez nasze pole do stawu, zobaczyłem kilku żołnierzy. Podeszli do mnie. Mówili coś, ale po niemiecku. Nie rozumiałem ich. Zrobili mi kilka zdjęć i poszli dalej. Później zaczęło się wysiedlanie. Rano pod dom podjechała furmanka, taki nieduży wóz. Na początku przysyłali takie małe wozy. Co pozwolili nam zabrać? Zabraliśmy łóżka, pierzyny, „przyodziewkę” i szafkę na naczynia. Więcej nie pozwolili nam zabrać. Ani szafy, ani nic. Nieopodal stała siekierka, więc ją sobie wziąłem, ale jeden z żołnierzy ją złapał i nie pozwolił mi jej zabrać. Zawieźli nas do niedużego domu w Bielanach. Był on w połowie murowany, a w połowie drewniany. Były tam tylko dwa pokoje. W tym drugim,  murowanym, mieszkała pewna kobieta, matka, ze swoją córką, która pracowała jako krawcowa. Nas zakwaterowali w jednym pokoju, a je w drugim. Nie mieszkaliśmy tam długo. Raz tata poszedł ze mną do sąsiada obok na obiad i wówczas po tatę przyszli żandarmi. Od razu przyszła mama, a ja nie poszedłem razem z tatą, ale wszystko widziałem. Poszli, zabrali go i już nie wrócił.

zdj taty dziadzia
Jedyne zdjęcie Jana Boby (stoi drugi od prawej), taty Józefa.

Dlaczego go zabrali?

Zabrali go, bo miał być wysiedlony już wcześniej, na granicę włosińską. Posądzili go, że wywoził gowiedź (ptactwo domowe), ale tak naprawdę robił to jego brat. Zabrali go więc zamiast brata, skuli go i prawdopodobnie bili, żeby się przyznał. Ale on się nie przyznał, bo był niewinny, a brata nie wydał.

Mieszkaliśmy tam całą zimę. Potem mieszkała tam krawcowa. Kiedyś wbiła igłę w futrynę i zostawiła ją tam. Mama w trakcie sprzątania wbiła sobie tę igłę w nadgarstek. Chwyciła ją mocno i pobiegła do sąsiadów. Oni powiedzieli jej: „Popuść to, popuść”. Mama puściła, a igła wbiła się jeszcze głębiej. Poszła więc do szpitala do Bielska. Tam chcieli jej odciąć rękę, bo bali się, że w ranę wda się gangrena. Ale ona prosiła lekarzy, żeby tego nie robili. Jej siostra poszła do Osieka do pewnego znachora, nazywał się Klęczar. On dał jej jakąś maść, którą mama miała smarować rękę.  Smarowała ją w nocy, bo w dzień nie było wolno. W ten sposób udało się ją uratować. W międzyczasie przewieźli nas z powrotem do Polanki, do dziadków, do rodziny mamusi. Tam mieszkaliśmy przez całą wojnę. Gdy mama wróciła ze szpitala, również przyjechała do dziadków do Polanki. Tam pracowała u Bauera na roli. Ja pasłem krowy tego Bauera za litr mleka dziennie i 30 kilogramów mąki miesięcznie. Miałem pod opieką sześć krów. Do szkoły nie chodziłem, bo Polakom nie było wolno chodzić do szkoły. Jesienią ludzie zbierali ziemniaki w polu, czasem któryś z Bauerów pozwalał wziąć taki koszyk ziemniaków do domu. Na wszystko inne były kartki, na żywność i na zarobki. Mama pracowała i dostawała pieniądze. Wszystko się kupowało w sklepie.

Te kartki wystarczały?

Nie, brakowało ich. Musieliśmy kombinować. Chodziliśmy po ścierni, zbieraliśmy kłosy zboża. Potem je kruszyliśmy i suszyliśmy to zboże na brytfankach. Mieliśmy też młynek ręczny. Mieliliśmy nim ziarna i dosypywaliśmy mąki, tej, którą kupowaliśmy w sklepie, potem dodawaliśmy to do chleba i piekliśmy szary chleb. Poza tym chowaliśmy kury i króliki. Mieszkaliśmy tam przez całą wojnę. Ja pasłem krowy, miałem pastwisko. Niedaleko stały trzy działa przeciwlotnicze. Żołnierze mieli tam swój barak. Mieli też dużą lornetę. Naprzeciwko leżała otwarta przestrzeń, może 500 metrów. Tam stało drugie działo, które nazywali „flakiem”, było to działo przeciwlotnicze. Któregoś dnia nastawiłem sobie tę lornetę, nachyliłem się i patrzyłem przez nią. Widziałem, jak żołnierze obierali ziemniaki. Wtedy nagle podbiegł żołnierz, kopnął mnie w dupę i kazał mi wracać do krów. Mieszkaliśmy w jednym, niedużym pokoiku. Mieszkały tam trzy rodziny. Dom dziadków miał dwa pokoje. Drugi też był po rodzinie, w jednym pokoiku mieszkał syn, a my w drugim. Często wpadali tam policjanci i czegoś szukali. U drugiego wujka, który tam mieszkał, ukrywał się brat. Często był w domu w nocy, miał tam swoje kryjówki. Chował się w dziurze wykopanej pod szopą. Kiedyś ktoś zauważył, jak Bauerka (żona rolnika) przechodziła za płotem z talerzami dla niego, i zorientowali się, że ktoś tam jest. A ona się tłumaczyła, że niosła karmę dla kur, bo hodowali kury. Policja przychodziła w nocy, zaglądała pod pierzyny. W dzień też często wpadali. Ale jego nigdy tam nie było, a jeśli był, to zawsze zdążył uciec. Dom był tak zbudowany, że blisko pokoju były drzwi do piwnicy i można było przez nie przejść. Dzięki temu mógł uciekać przez stajnię. Tak to było.

Czemu się ukrywał?

Złapali ich za pędzenie „samogona”, gorzałki, i za handlowanie. Któregoś dnia złapali ich na przewożeniu mięsa i przyszli po nich. A tam w domu były te przelotne drzwi. Gdy budowali dom, to w jednym miejscu były drzwi, a naprzeciwko te drugie, przelotne. Gdy przyszli Niemcy, oni przygotowywali śniadanie. Jeden Niemiec poszedł przeszukać piwnicę, a drugi stał oparty o drzwi i przyglądał się. A oni zdążyli uciec drugimi drzwiami do lasu Włosieńskiego. Od tego czasu ukrywali się na granicy Głębowskiej. Stamtąd nocami przychodził do nas. Gdyby go znaleźli, gdyby się dowiedzieli, że go ukrywamy, to wszyscy trafilibyśmy do Lagru (obozu). Często jeździłem z wujkiem wozem konnym do Brzeszcz po węgiel. Gdy przejeżdżaliśmy koło Lagru w Oświęcimiu, to musiał ściągać czapkę i jechać dalej z gołą głową. W ten sposób Niemcy sprawdzali, czy ma włosy. Gdyby ich nie miał, to znaczyłoby, że uciekł z Lagru. Potem zaczęły się naloty. Nad nami latały amerykańskie samoloty i strzelały z dział, a my chowaliśmy się w piwnicach. Pod koniec wojny codziennie były naloty, bombardowania.  Gdy zbliżał się front, też siedzieliśmy w piwnicach, bo dookoła strzelali. Przychodzili rosyjscy żołnierze, wpadali do nas, szukali Niemców. To trwało całą noc i cały dzień. W naszej wsi zastrzelili bardzo wielu żołnierzy niemieckich. Jeden schował się w kapliczce, tam go znaleźli i zastrzelili. Poszliśmy obejrzeć ciało, leżało koło kapliczki. Drugi żołnierz chował się w stajni u Ryłków za stogiem słomy, też go stamtąd wyprowadzili i zastrzelili. Po południowej stronie wsi kilku niemieckich żołnierzy robiło sobie śniadanie, a Ruscy ich napadli, wyprowadzili za stodołę i wszystkich wystrzelali.  

A jak zachowywali się żołnierze niemieccy w stosunku do was?

Grzecznie. Nawet ci żołnierze, którzy obsługiwali działa przeciwlotnicze. Jeden z nich przychodził do nas. Oni wszyscy mieszkali w jednym domu. Raz przyszedł, wyciągnął mnóstwo pieniędzy i powiedział: „Co mi po tych pieniądzach, skoro jestem tu.” Zachowywali się grzecznie.

A rosyjscy?

Rosyjscy tak samo. Ale panny się przed nimi kryły, bo je gwałcili.

Te naloty… Wreszcie wojna się skończyła. Nie wróciliśmy od razu do domu, bo w naszym domu mieszkał sąsiad. Nie miał się gdzie podziać, bo jego dom został rozebrany. Wszystkie domy, które nadawały się do rozbiórki, były rozbierane i budowano z tego drewna obory, stajnie. Gdy sąsiad się przeniósł, wróciliśmy do domu. Ale co zostało z tego domu… Stodoła z desek, na dachu stajni nie było dachówek, bo pozbierali je do budowy innych stajni. Koni też nie było. Trzeba było kombinować.

Czyli ciężko było na początku?

Na początku było ciężko. Znaleźliśmy gdzieś jedną krówkę i tyle mieliśmy, a poza tym było ciężko. Ale stopniowo, stopniowo się poprawiało.

I taty nie było.  Cały czas myśleliście, że wróci. Kiedy się dowiedzieliście, że nie wróci?

Dowiedzieliśmy się o jego śmierci z listu, który przyszedł później.

na stronę - wiadomość
Wiadomość, którą otrzymała żona Jana: „W dniu 9 stycznia 1943 roku w obozie pracy dla mężczyzn w Sosnowcu umarł Twój mąż. Musisz skontaktować się z biurem pomocy w celu wzięcia odpowiedzialności za pogrzeb”.

Potem powstała „SP” („Służba Polsce”). Składała się z dziewczyn i chłopców w wieku 13-16 lat. Na spotkania trzeba było chodzić obowiązkowo, kilka godzin w tygodniu.

Mój dziadek (z lewej) z kolegą w SP.
Mój dziadek (z lewej) z kolegą z SP.

I co tam robiliście?

Uczyli nas, jak strzelać, z czego składa się broń. To było swojego rodzaju przygotowanie do wojny, bo mówiono, że będzie kolejna wojna.

Chodziłeś już wtedy do szkoły?

Nie chodziłem.

Czyli po wojnie też nie chodziłeś do szkoły?

Chodziłem. Zaraz po wojnie zacząłem chodzić do szkoły. Skończyłem cztery klasy.

To było przed SP czy później?

To było przed SP.

Czyli gdy wojna się skończyła, to najpierw skończyłeś szkołę.

Tak, skończyłem cztery klasy, a potem mój rocznik już nie chodził do szkoły. Nie chodziłem, bo trzeba było pracować na roli, mama była sama. Dlatego skończyłem tylko cztery klasy. Później na kursie wieczorowym skończyłem siedem klas. Poza tym chodziłem do SP. Dziewczyny też chodziły na dwumiesięczne przeszkolenie i jakieś roboty. Mnie też zabrali na dwa miesiące do Gdyni-Grabówka. Mieliśmy tam szkolenia. Mieszkaliśmy w namiotach, trzymaliśmy wartę. Dali nam karabiny. Były długie, ale uszkodzone. W nabojach były wywiercone dziury, żeby nie dało się z nich strzelać.

Musiałeś iść do SP? Mama była sama, taty nie było. Musiałeś ją zostawić?

Tak, musiałem. Mama chciała mnie w Bielsku reklamować, bo jechaliśmy z Bielska, ale się nie dało. Spędziłem te dwa miesiące w SP.

Potem wróciłem z SP. Miałem już ukończone 18 lat, więc wzięli mnie do wojska na dwa lata. Do Tczewa, do saperów.

książeczka
Książeczka legitymacyjna mojego dziadka z wojska.

Józef (z lewej) w wojsku.
Józef (z lewej) w wojsku.

Zimą mieszkaliśmy w koszarach, a latem wyjeżdżaliśmy na poligony. Na zajęciach przeprawialiśmy się czołgiem przez rzekę. Takie mieliśmy zajęcia. Maskowaliśmy miny, a inni szli za nami i je rozbrajali. Dwa miesiące spędziłem na rozminowywaniu siedziby Hitlera w Kętrzynie.

Raz wyciągaliśmy miny, raz niszczyliśmy na miejscu te, które inni wyciągnęli przed nami. Albo wywoziliśmy je w jedno miejsce i tam niszczyliśmy, ale ktoś przy tym zginął, bo jedna z min wybuchła. Sypaliśmy trotyl i spłonkę.

Józef i Maria w dniu swojego ślubu.
Józef i Maria w dniu swojego ślubu.

Dali nam lont prochowy. Taki lont palił się centymetr na minutę. Przycinaliśmy te lonty, żeby móc uciec przed wybuchem. Każdy z nas – a był nas tam cały pluton – miał wysadzić jedną minę. Staliśmy przy minach i na rozkaz zapalaliśmy lonty. Zapalaliśmy i uciekaliśmy. W ten sposób niszczyliśmy miny. Później pracowałem na roli. Poznałem dziewczynę, ożeniłem się. Przeprowadziłem się do niej. Tam, na działce, zbudowałem dom. Znalazłem pracę w Zakładach Chemicznych w Oświęcimiu i pracowałem tam do emerytury. Teraz mam 83 lata i… żyję.