Kyryło Wasyłenko
Kyryło Wasyłenko

Wywiad nagrany:

Wieś Pysarszczyna kremeńczuckiego rejonu w obwodzie połtawskim
27.07.2017

Tagi:


Mój dziadek, Wasyłenko Mychajło Kyryłowycz, opowiada o swoim ojcu, moim pradziadku, Wasyłenku Kyryle Fedorowyczu, r. ur. 1918, który służył jako kapral gwardii, kaemista 4-go niezależnego motocyklowego pułku 6-ej Armii Pancernej Gwardii 2-go Frontu Ukraińskiego. Za zasługi bojowe nagrodzony orderem Wojny Ojczyźnianej II stopnia. Po wojnie Wasyłenko Kyryło Fedorowycz mieszkał we wsi Chreszczate w reszetyliwśkim rejoni obwodu połtawskiego. Zmarł 11 lutego 1984 roku.

Proszę się przedstawić.

Nazywam się Wasyłenko Mychajło, syn Wasyłenki Kyryła Fedorowycza, byłego żołnierza frontowego, o jakim przyjdzie i zaraz opowiedzieć. Mój ojciec urodził się w 1918 roku w chutorze Wasyłenky (obecnie już nieistniejącym), a później zwanym Slusari. To reszetyliwśkyj rejon obwodu połtawskiego. Tam spędził dzieciństwo. A w 1933 roku, w czasie Hołodomoru, matka ojca, będąc wdową i w tym czasie mając czwórkę dzieci,  w celu uratowania dzieci od śmierci głodowej wyjechała do Doniecka. W Doniecku mój ojciec pracował w kopalni jako koniowód, gdzie stracił trzy palce na lewej ręce. Zostały mu palce mały i serdeczny, pozostałych trzech palców nie miał. Z tego powodu z początku nie chcieli go brać do wojska. A już w 1943 roku, gdy odbito Donieck i Wschodnią Ukrainę, został powołany do szeregów Armii Czerwonej. W pierwszych dniach powołania zetknął się z wielką niesprawiedliwością. Ta niesprawiedliwość przejawiała się w tym, że poborowych, którzy przybyli do punktu werbunkowego, w czasie odpoczynku, nocą, okradli sami zawiadowcy punktu werbunkowego. Każdy z poborowych brał z sobą produkty żywnościowe, jakąś bieliznę, skarpetki i tym podobne rzeczy, które mogłyby się przydać. Rzecz w tym, że ojciec w nocy widział [był bardzo spostrzegawczy], jak starszyna i sierżanci wszystko to rozkradali. Rankiem opowiedział to jednemu z dowódców. W rezultacie ojciec został zatrzymany i skończyło się na tym, że zostawił swoich rodaków i został przydzielony do kompletnie innego pododdziału, gdzie jego krajan nie było.

Proszę opowiedzieć o szlaku bojowym waszego ojca.

Co do szlaku bojowego, ojciec przeszedł od Połtawszczyzny i doszedł, wedle jego opowieści, do Czechosłowacji. Tam zastał zwycięstwo. Brał udział w wyzwoleniu Budapesztu, otrzymał za to medal „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Ojczyźnianej Wojnie 1941-1945”. I miał jeszcze dwa medale, ale nie pamiętam, za co. Był order „Ojczyźnianej Wojny”, który otrzymał za ocalenie pułkowego czerwonego sztandaru.

Czy wasz ojciec opowiadał dokładniej o jego życiu wojskowym i wydarzeniach z nim związanych?

Tak, dużo o tym mówił. Ale rzecz w tym, że minęło wiele czasu i nie wszystko pamiętam. Bardzo dobrze pamiętam takie zdarzenie. Ojciec doprowadził niemieckiego jeńca do obozu koncentracyjnego, za co ten podarował mu zegarek. Zwykle w tych czasach nasi żołnierze bali się odstawać od swojej bojowej jednostki i nie doprowadzali jeńców do obozu. Po prostu ich rozstrzeliwali, a nasze dowództwo zawiadamiali o próbie ucieczki. Ale ojciec wykonał swój obowiązek i doprowadził Niemca. A już przed samym obozem koncentracyjnym Niemiec zaczął się rozbierać i zdjął z ręki zegarek, który był nad łokciem. Może i go nasi przy przeszukaniu nie znaleźli. I Niemiec podarował ojcu zegarek. Jak go podarował? Położył go na ziemi, sam odszedł na pewną odległość i gestem pokazał swą wdzięczność.

Opowiadał, że w ich pułku był, powiedzmy, ojciec miał na nazwisko Wasyłenko, a tam był Wasylew. Biegle znał niemiecki. Bardzo często chodził na zwiad i w zasadzie bez „języka” nie wracał. Bardzo go ceniono w pułku, a ojciec z tego korzystał. W żartach przezywano go „Szwejk”.

Kiedy i w jakich okolicznościach zdemobilizowano waszego ojca?

Kiedy wojna się skończyła, nastała wielka, przeogromna radość. Ale ta radość dla mojego ojca była przedwczesną. Przerzucono go na Chałchin-Goł. To w Mongolii. W Mongolii stanął przed komisją. I w tym czasie nie miał trzech palców, tych trzech palców, które stracił jeszcze w kopalni. Ojcu bardzo się poszczęściło. Lekarzem wojskowym był jego krajan, z reszetyliwśkiego rejonu. W tym czasie przeszedł już całą wojnę, nie było przy nim żadnego rodaka. A tu takie spotkanie! Lekarz ten powiedział mu: „Kyryło Fedorowycz, mój drogi, zrozum, tych palców ty żeś nie stracił w kopalni, ty żeś je stracił na wojnie!” Pomógł ojcu na komisji. To było poza prawem, ale każdy chciał żyć. I działało braterstwo, jeden drugiego poznał, swą krew, swą… Jak by to powiedzieć, trudno to wyjaśnić. Krótko mówiąc, ojciec został zdemobilizowany. I już  z Mongolii wsiadł na pociąg towarowy, które w tamtym czasie mogły robić za pasażerskie. Zatrzymał się na jednej stacji i poszedł nabrać wody. I tu, znikąd, cyganka: „Oj, ty wojskowy, posłuchaj…”. Pokrótce, przepowiedziała mu, że umrze w wieku 64 lat. Ale ojciec zmarł w wieku 66 lat. I powiedział: „Och, co za cyganka, tylko dwa lata się pomyliła”.

Proszę opowiedzieć o powojennym życiu waszego ojca.

Po wojnie ojciec pracował we wsi Chreszczate jako koniuszy. Teraz to może i śmieszne, a w tamtym czasie to było stanowisko równe naczelnikowi jednostki transportowej. Później pracował na traktorze i do samej emerytury pracował jako traktorzysta. Ojciec ożenił się z Kluką Hałyną Andrijiwną. Razem spłodzili czworo dzieci. Pierwszy był syn, nie ma już go z nami, siostra, ja i młodszy syn. Młodszego syna także nie ma już pośród żywych. Żyli razem, ojciec bardzo kochał dzieci. A co do zamiłowania do pracy… I matka, i ojciec byli ludźmi bardzo lubiącymi pracę. Choć mieli dużo wydatków na dzieci, tym niemniej w ich domu był dostatek, wszystko było normalne.