Lidija Fedoriwna Zubanenko
Lidija Fedoriwna Zubanenko

Wywiad nagrany:

Pishchanka, Dnipropetrovsk oblast (region), Ukraine
01.10.2015

Tagi:


Lidiya was born on February 12, 1927, in the village Lukshyno, Smolensk region (Russia). In 1935 she went to school. She witnessed war from 1942. Since then she stayed in Belarus. 1944 she came back to Smolensk. 1945 Lidiya moved to Kherson region. In 1954 she got married. In 1956 she participated in the XX Congress of the All-Union Communist Party. In 1959 – became a mother. 1966 Lidiya moved together with her family to Pishchanka village in Dnipropetrovsk region. Here she became a grandmother for two kids at once in 1978. Starting with 2004 she has even become a great-grandmother. Now she has three great-grandchildren, who were born respectively in 2004, 2010 and 2015.

12 lutego, 1927 roku – urodziła się we wsi Łukszyno, w obwodzie smoleńskim (Rosja)

1935 rok – poszła do szkoły

Z nastaniem 1942 roku została świadkiem wojny

Wraz z 1942 rokiem przebywała na Białorusi, w 1944 roku wróciła na Smoleńszczyznę, w 1945 roku przeniosła się do obwodu chersońskiego

1954 rok – wyszła za mąż

W 1956 roku wzięła udział w XX zjeździe KPZR

1959 rok – została matką

1966 rok – przeprowadziła się razem z rodziną do obwodu dniepropietrowskiego, do wsi Piszczanka

Tu w 1978 roku została babcią dwóch wnuków, a w 2004, 2010 i 2015 roku została prababcią.

Byli Zujew Fedir Dmytrowycz i Zujewa Jewdokija Josypiwna, i Nikanor – mój rodzony dziadek, zmarł jeszcze przed wojną, a jego żona została wdową. Mieli jeszcze pięcioro dzieci i wszystkie zmarły od chorób. Była jeszcze ciotka Mariusza (żona brata taty), mam idzie do pracy, taty nie ma, to ona nam z nami pomagała na gospodarstwie.

Szkołę mieliśmy przez rok, daleko trzeba było iść. Dziadek (Nikanor) bardzo mnie kochał i dopóki nie wrócę ze szkoły, to stanie przy drzwiach i czeka na mnie. W szkole były różne kółka , prowadzili w szkole wychowanie fizyczne. Klasa była taka zdrowa i pod taki wierszyk:

Nadążajcie dzieci śmiało – raz dwa trzy!

I ot, my znów zrobiliśmy kółko.

Na lewo głową – raz dwa trzy!

Na prawo głową – raz dwa trzy!

Chcę jeszcze powiedzieć: „U nas we wsi żyły dwie nauczycielki. Pracowały jeszcze za cara. Wszyscy bardzo je naszowali. Dwie siostrzyczki: jedna młodsza, druga starsza. Ot i żyły razem, taki miały mały domek, do nich chodzili po prostu z prośbą o radę”.

Była niedziela, wszyscy ludzie spali, wolne. I raptem w okno zastukał konny, podjechał na koniu i stuka w okno: „Wojna!”.

Nasza wieś była wielka, długa i od razu wypełniła się ludźmi…

Miałam 13 lat, a Zina 8 (moja młodsza siostra), kiedy zaczęła się wojna. W 1941 zaczęła się wojna, a  w 1942 nas wygnano. Już wiedzieliśmy, co to takiego okopy, co to takiego rozrywające się pociski, co to takiego bombardowanie.

Najpierw przyszli do nas Włosi. Byliśmy w schronie, a mama była taka niespokojna, wyskoczyła i mówi: „Na ulicy jacyś żołnierze ubrani na brązowo!”. Niemcy przecież mieli zielone mundury, a to brązowy… Włosi.

Mieliśmy pełne wydanie dzieł Puszkina i jak tylko Niemcy przyszli, to od razu zabrali. Dzieła wszystkie. Jeszcze i taka wielka księga z napisem A.S. Puszkin. I taka ładna ilustracja. Na niej stary Ibrahim i urodziwa Natalia.

W 1942 roku jeszcze było strasznie, kiedy front się trzymał i „leźli” na Moskwę. A „żreć” trzeba coś, a ci krowy przegonili. Moja nieżyjąca już matka powiedziała: „krowy pognali, jak wieś długa może i z setka łbów i taki ryk”. Mówi: „Myślałam, że oszaleję, nie można było tego słuchać!”.

Tata był inwalidom od dzieciństwa, a kosił trawę i wszystko robił. I tato mówił: „jak przyszli tak i pójdą, tylko bardzo dużo ludzi zginie!”.

I już w 1942 wygnano z domu nas: wsie palili, chaty palili. I pognali nas etapami na Białoruś, a gdzie dalej nas chcieli… może do Niemiec, Bóg raczy wiedzieć. Trzy dni nas tak przeganiali. Bardzo dużo ludzi zginęło: luty, mróz, śnieg, tylko kto się udał na stronę, od razu zastrzelili. Przejechaliśmy i tam dwie nauczycielki jedna na drugiej leżały na sankach. Też już zabite. A potem jeszcze zapamiętałam taką czerwoną kołdrę i małe dziecko zostawione i rozgląda się tak dookoła… Może rodzice je zostawili, czy może mamę zabili. W ten sposób przeszliśmy 800 kilometrów. A potem zaczęli nas gnać policjanci. Dawali też odpocząć. Bywa, że zajdziemy do chaty, a chata pusta. Tylko łóżka pościelone, kromka chleba leży, a niema już nikogo, pognali ich dalej.

I ciotka Mariusza i tato zachorowali w drodze na tyfus i zmarli. Mówię jakoś: „tato… (u nas mówiło się „tacia”). Tacia, nas jeszcze dalej będą tak gnać?”

A on odpowiada: „Lida, znasz mnie, znajdę was, gdziekolwiek będziecie!” A rankiem poszliśmy, a jego już nie ma. Wyrzucili go gdzieś i to wszystko.

A już potem pytałam mamę, niczego nie rozumieliśmy: „A jak ty się wtedy trzymałaś?”. „A ja – mówi – o niczym nie myślałam. Tylko was trzymałam za ręce, żebyście były przy mnie”.

Bo tylko na krok – i zabili. Trupami była usłana cała droga. I potem wszystkie te ciała palili, żeby nikto nie wiedział.  Potem jeszcze i mama zachorowała, trafiła do szpitala. A jakie były te szpitale?! Puste pola to były szpitale. A mnie dalej pognali. 20 kilometrów odegnali. Przenocowałam, a potem wróciłam. Właśnie była Wielkanoc, ugoszczono mnie pisankami. Wróciłam powiedzieć Zinie i mamie, gdzie się zatrzymaliśmy. W 1943 roku Niemcy zaczęli się cofać. Jeszcze byliśmy na Białorusi i wszędzie leżały różne rzeczy porzucone przez nich, tak więc chodziliśmy je zbierać. Chdziliśmy z Zinią po lesie. Kiedyś patrzymy, namiot… Teraz to do mnie dochodzi i płaczę… siedzą nasi wojskowi, gwiazdki na mundurze. I wołają do nas: „Dziewczyny, chodźcie tu!”. Podeszłyśmy… pytają, czy są u nas Niemcy. „Nie ma”. Mówimy: „To nie nasza sprawa”. A to był zwiad. No i ot, kiedy wróciłyśmy na wieś (na Smoleńszczyznę), chociaż i wiedziałyśmy, że tam nikogo nie ma. Ostała się jedna szopa i budynek, to i tam się pomieściłyśmy. Tam jeszcze żyła moja najlepsza przyjaciółka Ermakowa Jewdokija Mychajliwna. Następnie dostajemy list z Chersonia, że ciotka Mania (kuzynka mojego taty, była piśmienna, była starszą mleczarką w kołchozie) dowiedziała się, że ostałyśmy się we dwie z Ziną (a jeszcze żyła i mama). Dała nam adres, żebyśmy pojechały do niej. Jechaliśmy ze Smoleńska ze stacji „Drohobusz” do Apostołowa. Jechaliśmy 11 dób. Był Dzień Zwycięstwa, niemało się nas zebrało, we wsi mało ludzi było, i ot jedna nauczycielka wystąpiła i mówiła tymi słowy: „Minie wojna, wyleczymy rany i po dawnemu życie zatętni!”. I po prawdzie tak było: fabryki zaczęły się odbudowywać.

To mój mąż Zubarenko Hryhorij Nykonowycz, urodzony w 1925 roku. Zawsze płaczę, że wojna zabrała mi dzieciństwo, a on mi opowiedział o tym, jak był w obozie koncentracyjnym. Wyrzucili go już, jak martwego. A tam z jego wsi był dziadek Szczebryna, patrzy, że ten się rusza, jeszcze żyw. Zaciąga go więc z powrotem na nary. Uratował.

Tam i pracowali. Niemcy dawali pracę, sadzają go i robił granaty, czy coś tam innego. I jeden Niemiec, majster, patrzy, że to takie chude siedzi, zamęczone, przyjdzie i mówił na niego „Teho”, nie Hrisza, a „Teho”. Patrzy więc na niego i da mu kawałek chleba z margaryną. I palcem da znak, żeby milczał. Mówi, że ten majster go uratował. W obozie koncentracyjnym przebywał z kuzynką z Krzywego Rogu, oswobodzili ich Amerykanie. Przywieźli wielkie skyrznie z chlebem i kiełbasą. Wszyscy rzucili się do jedzenia i ot, przejedli się i zmarli z przejedzenia po głodowaniu. Siostra mu mówiła – nie! Daj mi trochę dwody i kromkę chleba, i tak dwa dni. Póki organizm się nie oswoi. Wtedy dali radę jeść wszystko. A już potem zabrali go do wojska.

Kocham cię i niech wszyscy wiedzą!

Miłości kryć nie będę.

Kocham i serce powtarza:

Kocham cię, kochaj mnie!

Bierz z życia wszystko to, co możesz,

Miłość i szczęście – wszystko jedno.

W końcu życiem życia nie pomnożysz,

A dwa razy żyć nie jest sądzone.

Ola Wasyłeć