Nadija Łoboda
Nadija Łoboda

Wywiad nagrany:

W. Nowomykołajiwka, obwód zaporoski
05.08.2017

Tagi:


Urodziła się 16 stycznia 1939 roku we wsi Nowomykołajiwka w obwodzie zaporoskim na Ukrainie. Początek drugiej wojny światowej nastąpił, gdy Nadia nie miała jeszcze roku, ale najstraszniejsze wspomnienia powiązane są z okresem powojennym, a dokładnie z głodem lat 1946-1947. W 1947 roku Nadia straciła matkę i została sama z bratem pod opieką dziadka. W 1954 roku ukończyła szkołę. W kwietniu 1969 roku wyszła za mąż za Wołodymyra Samojłenka.

Urodziłam się w 1939 roku, 16 stycznia. Nazywam się Nadija Wasyliwna Łoboda.

Opowiedz, proszę, o swoim dzieciństwie, swojej rodzinie, swoich rodzicach, kim byli, czym się zajmowali. Wszystko, co sobie przypominasz, wszystko to, co interesujące.

No, pamiętam, moja mama była wtedy dojarką na gospodarstwie, dojarką w kołchozie. A ojciec był już w wojsku.

Bracia, siostry…?

Miałam jednego brata, Kolę, młodszy ode mnie o rok. Mieliśmy dziadka i babcię, i mamę. Kiedy zaczęła się wojna, wszyscy żyli razem.

Opowiedz, proszę, o początku wojny, choćby o samej końcówce, jak to było?

Początku wojny nie pamiętam. A gdy tylko Niemcy się wycofywali, przypomina mi się jeden taki epizod, jak wycofywali się i palili chaty. Nasz dziadek wszystko powynosił: naszą odzież i nas, i babcię… Pośrodku podwórza, żebyśmy tam nie spłonęli. I potem, gdy już dochodzili do naszej chaty, dziadek wziął ikonę, chodził wokół chaty, modlił się do Boga. I nasza chata ostała się cała. I Niemcy nie spalili całego skraju naszej ulicy. A tak wokół nas płonęły chaty… I nasza chata ostała się cała i mieliśmy gdzie mieszkać.

Rozumiem, a możesz opowiedzieć o tym, czy w twojej rodzinie byli represjonowani,  aż do wojny, albo w czasie przebywania niemieckich okupantów na terenie wsi?

Nikogo z nas nie represjonowano, ojciec służył w armii. W Armii Czerwonej, naszej. Także represjonowanych nie było.

Co pamiętasz z życia po wojnie, o tym, jak to było. Może masz jakieś klarowne wspomnienia?

Po wojnie wszyscy u nas biedowali. Oj… Pole zasiewano, mieliśmy krówkę, mama brała krówkę i wszyscy szli i orali za pomocą krów. I tak zasiewali, i tak zbierali urodzaj razem z krowami. Bo nie mieliśmy techniki. Jaka technika? Ani traktorów, ani niczego, więc musieli pracować z krowami. I późno wieczorem przychodzili z pracy.

Kiedy rozmawialiśmy, przypomniałaś sobie o tym, że w czasie wojny przychodzili do waszej wsi z innych miejscowości, opowiedz o tym dokładniej. Co to było i jak to było?

No, po wojnie i w czasie wojny przychodzili do nas ludzie z Doniecka po to, żeby wymieniać się produktami, co u kogo było. Może u kogoś tam ostał się jakiś ciuch – wymieniali się za kawałek chleba. Tak prosili, wszystko oddawali, żeby tylko dali ludziom pojeść.

I jak przybywali?

Przychodzili piechotą, chodzili po wsiach naokoło, gdzie tylko mogli dostać jakieś produkty.

A możesz opowiedzieć więcej o emocjach, o wrażeniach, o tym, co w tamtej chwili ludzie przeżywali, co czułaś w tamtym momencie?

Naszym ludziom było ich bardzo szkoda, kto co mógł, ten dawał. Kto czym mógł, dzielił się z nimi jedzeniem, żal przecież ludzi, kiedy ci chodzą głodni wokół i proszą o jedzenie. Ciężko im się żyło po wojnie.

Opowiedz, proszę, o tym dokładniej, o powojennym odbudowywaniu wsi.

No, po wojnie już chodziłam do pierwszej klasy. Mieliśmy szkołę, zabieraliśmy dzieci i chodziliśmy do klasy podstawowej. Szkoła – była taka chatka: dwa pokoiki i w nich stoły zamiast biurek i krzesła, żebyśmy mieli gdzie usiąść, słuchać nauczyciela, odrabiać lekcje. Tak to było po wojnie. A wtedy, gdzieś w 1946 roku ludzie u nas w czasie weekendów zbierali się i budowali szkołę. Mieliśmy szkołę ośmioklasową, stoi do dziś.

Oj, a żeśmy chodzili do szkoły. Jak myślę, ile to było, może z 4-5 kilometrów, i szliśmy polem!

Rozumiem.  A może możesz opowiedzieć co nieco o głodzie, rozumiem, że to może być trudne, o tych zdarzeniach, które w zasadzie mogły być znane całemu światu, o tym, że w ZSRR był powojenny głód, o tym, jak to przeżywano.

Gdzieś w 1946-1947 roku ludzie głodowali, po wojnie nic tak szybko się nie odbudowało. I głodowali, i nawet na ulicach ludzie chodzili i umierali z głodu. Bardzo biednie żyli, po wojnie było bardzo ciężko.

A my mieliśmy krowę, ale nie mieliśmy jak jej doglądać, więc zabrali ją siostry mamy.

To znaczy twoje siostry?

Ciotki moje. I dziadek miał krowę i pasaliśmy ją. Pamiętam, że pasaliśmy krowy tam do rzeki. Była wczesna wiosna, marzec, ledwie co pojawiła się trawa. Ganialiśmy krowy i pasaliśmy, bo nie było czym ich karmić. I pasaliśmy krowy, mleko było.

A więc ciotki zabrały krowę, a was?

No, zabrały ją, ale ta już nie domagała, dobiły ją. No, bo co? Nic z niej już nie było, same kości, chudziusieńka była.

Tak, ale dlaczego was nie zabrały?

No, ale do czego my komukolwiek potrzebni? Krowę zabrały, mama zmarła – my nikomu niepotrzebni.

Tak biedowaliśmy. I w czym chodziliśmy, w tym i spaliśmy, tym się okrywaliśmy.

I jak to było, miejscowość rozkładała się jakoś w stronę wąwozu, i rosły w nim dobre morele. Pod nim była studnia i ludzie czerpali z niej wodę – sąsiedzi chodzili. I tak zaglądają przez okno do nas z bratem, my sobie siedzimy, a jeść czego nie ma, niczego nie ma. I wtedy oni (sąsiedzi) zobaczyli dziadka, ojca naszego ojca. I mówią: „Dziadek, weź wnuków, nasi już spuchli”… Acha, pamiętam… Była już wiosna… Mieliśmy taki sadek, a tulipany – rosną wcześnie… I biegniemy na bosaka, narywamy i myślimy, że to cebula. No, i tak wyżyliśmy. Wtedy dziadek nas zabrał. Miał krowę, a myśmy dzieci, i pasaliśmy. No, i mleka, i przyniesie dziadek garść mąki, jak nagotujemy, Boże, to i garnuszek wyliżemy.

A po wojnie… Boże, jakie to były ciężkie czasy… Boże-Boże, jak ci ludzie przeżywali. W mieście to jeszcze chociaż więcej roboty było, a na wsi? Jaka to tam robota, sezonowa. I wszyscy biegli, tam choć chleb wydawano, po 100 gramów dziennie.

Opowiedz, proszę, o dokładnie o ojcu, o dziadku, którzy wam pomagali.

Dziadek to był ojciec mamy, pomagał, chwała Bogu, tak żeśmy jakoś wszyscy wyżyli. A potem, już w 1946 roku, dziadek zmarł, babcia również zmarła. Dziadek miał syna. Opowiadał dziadek, że zarządzał kołchozem. A kiedy zaczęła się wojna, uszli z chudobą, żeby ta chudoba nie dostała się Niemcom, wyprowadzili ją. Jak tylko wszystko się tu zaczęło, Niemców nie było, wtedy wrócili. I nie wiem, chyba wrócili z chudobą, co z niej się ostało.

Jeszcze taka prośba, opowiedz, jak ludzie odnosili się do władzy radzieckiej, jak odnosili się do władzy nazistowskiej, była jakaś różnica?

No, o tym nie mogę powiedzieć, bo niczego nie pamiętam i nie wiem. Byliśmy wtedy mali. A tak po wojnie, kiedy zaczęliśmy chodzić do szkoły, wszystkich nas zbierano i uczono. To było za władzy radzieckiej.

To jest do władzy radzieckiej odnosiliście się zwyczajnie?

Zwyczajnie.

Opowiedz, proszę, o swoim życiu już po szkole, po tym, jak ukończyłaś 7 klasę.

Wcześniej mieliśmy szkołę siedmioklasową, klasy podstawowe – do 4 klasy. Wtedy był we wsi jeden nauczyciel i było niedużo dzieci. Tak, tam były  1, 2, 3, 4 klasy. A zatem jeden nauczyciel zajmował się nami. A potem po szkole podstawowej była siedmioklasowa. I chodziłam do wsi Czaplino (szkoła nr 52) do siódmej klasy. Ukończyłam siódmą klasę w 1954 roku.

To znaczy, że wyjechaliście z rodzinnej wioski?

Tak, z Nowomykołajiwki przeprowadziliśmy się do Czaplina. Ojciec po wojnie, jak już powrócił, robił w kołchozie na traktorze, i to wszystko. Już zaczęły pojawiać się i maszyny, choć nie w takim stopniu, jak teraz. Wtedy tak… Maszyny, choć 1-2, były w kołchozie. I ojciec nasz już tam pracował. I tak żyliśmy.

Opowiedz, proszę, czy była jakaś różnica w życiu po wojnie, te pierwsze lata początku lat 50-tych, było lepiej?

W latach 50-tych jasne, że było trochę lepiej. I ludzie byli lepiej ubrani, i w naszej wsi było lepiej, i trochę lżej było żyć. Pracowaliśmy, żyliśmy, trudziliśmy się.