Stefanija Duc
Stefanija Duc

Wywiad nagrany:

Lwów, Ukraina
08.12.2017

Tagi:


Stefanija Trochymiwna Duc urodziła się 22 maja 1935 roku w Polsce, we wsi Wola Horodecka, w powiedzie lubelskim. Była przesiedlona na Donbas, a potem uciekła do Lwowa razem ze swoją rodziną: ojcem, matką i młodszą siostrzyczką.

Moje panieńskie nazwisko Duc Stefanija Trochymiwna. Urodziłam się 22 maja 1935 rou w Polsce, we wsi Wola Horodecka w lubelskim powiecie.

Mój tata… Jeszcze nie było wojny… Był taki obowiązek, że wszyscy mężczyźni, niezależnie od narodowości, mieli służyć w polskiej armii. Widziałeś, z tymi pagonami, prawda?! Ile służył i jako kto, nie wiem. Gdy swoje odsłużył, wrócił do domu. Zaczęła się wojna. Tato był w polskiej partyzantce. Po stronie, rzecz jasna, Polaków.

U mojego taty… Bardzo kochał zwierzęta. I zwierzęta kochały jego, naprawdę. Jeździł gdzieś do znajomej, gdzieś do Tomaszowa i kolega dał mu psa. Ile żyję, Markusyku, nigdzie nie widziałam psa takiej maści. Potem, krótko mówiąc, przyszli Niemcy. Niemcom dano znać, że u ojca jest tresowany pies, który może się rzucać, rozumiesz?! No, a oni chcieli do tego Oświęcimia brać psy na ludzi. Ot nasz sąsiad. No, jak myśmy w Polsce żyli: polska chata, ukraińska chata, polska chata i żydowska, wszystko tam było.

I przyszedł sąsiad, kolegował się z moim ojcem, z dziadkiem. I mówi: „Trochym, zabieraj Reksa, albo sam uciekaj. Bo przyjdą, mówi. Donieśli i przyjdą po psa. A przyjdą po psa – i tobie nie żyć”.

Gdzie podział się mój ojciec, nie wiem. Prawie tydzień nie było go w domu. Potem, jak mówili, gdy Niemcy odeszli, tata wrócił i wtedy sąsiad mówi: „Psa nie pokazuj!” No  a trzymać… jak go schowasz, psa?! Nigdzie. I tato wziął, pamiętam, jak tato mówił, czy wziął siekierę, czy co, wziął psa, wziął worek i poszedł do lasu. Tato mówił, mówi: „patrzył, wiedział, że będzie bieda. Patrzył się na mnie, mówi, a ja na niego i łzy mu spływały strumieniem, mówi, płakał”. No, tato go zabił i tam zakopał. I jeszcze tydzień nie było taty w chacie, w domu, dlatego że przychodzili, rozpytywali się. Mama mówi: „Nie wiem, gdzie. Może poszedł gdzie do drugiej wsi. No, nie wiem”. Ot. Tato nie był w stanie jeść ze dwa miesiące. Mówi, co jem – mam psa przed oczyma; nie mogę jeść…

Powiedziałyście mi, że bardzo dobrze układały się stosunki waszego ojca z Polakami. Chata była po sąsiedzku. Jak potem, po przyjściu Niemców, rozwijało się to chronologicznie?

Była zawierucha. Czemu? Temu, że na Ukrainie była zawierucha: Ukraińcy mordowali Polaków. A tam przeszło, poszło dalej… Tam już znów zaczęło się, była ta, partyzantka swoja. Tam na odwrót, Polacy zaczęli mordować Ukraińców. Ale, na przykład, Polacy z tej samej wsi, tam gdzie my żyliśmy, Wola Horodecka i te. I w Woli, i w Horodku – nam nas nikt nie ruszał. Tam, znaczy, mieli kontakty między sobą i innymi Polakami, z innymi wioskami. Zmieniali się. Ci tam szli, ci stamtąd przychodzili, żeby jeden drugiego nie znał, rozumiesz?! Bo całe życie przeżyte, razom, i jak tak?! Ot ja z tobą całe życie przeżyłam i nagle pójdę do ciebie i zabiję cię.

Staliśmy i tato z mamą wyszli, mówią: „Idziemy, zobaczymy co tam, co się dzieje”. A my żyliśmy w górze, trzeba było zejść drogą i tam był zagon, gdzie pasły się krowy i ogrodzona cerkiew. Cerkiew, po pierwsza, cała płonęła. Prawie cała spłonęła… I z tej cerkwi odjeżdżały furmanki i wywoziły trupy. To aż stoi przed oczami: „rozumiesz, na furmance ręce się majtają, nogi się majtają, pogorzelcy. To straszne. I były tam wszystkie dokumenty. Wcześniej dokumenty były, trzymano je tam, każdy człowiek miał je w cerkwi. Była księga cerkiewna, w której rejestrowano, kto się urodził, kto był chrzczony, kto ślub brał, kto zmarł. To wszystko było w tej księdze. Pokrótce, wszystkie dokumenty były w cerkwi – i cerkiew spłonęła. Cała dokumentacja spłonęła, doszczętnie. Tej wsi.

A nocą, blisko chaty, w której osiedliśmy, ci Ukraińcy, w tych cudzych chatach. Takie sady były, tam krowy strasznie ryczały. To tych Polaków, których powysiedlano, rozumiesz, te krowy, to wszystko zostało w stajni. Wszystko to głodne. To mama, pamiętam jak dziś, poszła doić krowy i nie doiła do wiadra, a na ziemię, bo wymiona krowom rozpierało. No, gdzie weźmiesz tyle mleka. To pootwierali chlewy i wypuścili bydło… I niech sobie idzie na wolność. Bo na wolność jakoś dadzą sobie radę, a tu co?! Nie wiedzieliśmy, czy będziemy dziś tu, a jutro pojedziemy dalej. No, krótko mówiąc, poszliśmy spać i z każdej chaty wystawiono ludzi na straż, mężczyzn. Całą noc stróżowali na ulicy. No, jak na ulicy, naokoło wioski, rozumiesz, jak stróże przechodzili. A my wszyscy, jak byliśmy ubrani, tak i poszliśmy spać ubrani. Nikt nigdy się nie rozbierał.

I przybiegł tato, a to było na wigilię, czy przed Zielonymi Świątkami, bo mama właśnie robiła pranie. I tato wbiega: „szybko zbierajcie się”. Wziął taki nieduży tobołek, położył moją pościel i chyba pościel Soniny i jeszcze coś położył chyba, bochenek chleba. Dla siebie wziął niewiele więcej. Też miał pościel, też poduszki, żeby, jak przyjdzie spać gdzieś na ulicy, to pościelić – mieć na czym się położyć i mieć chleb. I uciekajcie, mówi, bo przyszli po sielradę, i wzięli głowę sielrady i powiedzieli: „Chodź, pokaż, w którą stroną poszli Polacy”. I jak to ludzie zobaczyli, zrozumieli, że coś jest nie tak. I tę głowę sielrady wywlekli za chatę i rozstrzelali. No, jak rozstrzelali, zaczęła się strzelanina. I zrozumieliśmy, że to był sygnał dla tych, którzy okrążyli wieś. Rozumiesz, Polaków, którzy okrążyli wieś pod przebraniem ukraińskich żołnierzy. I wszyscy, jak tam stali, tak i uciekali. A ci krzyczą: „Biegnijcie do nas, bo my ukraińscy żołnierze”. My przebiegamy – a oni z kaemu do nas strzelali. Rozumiesz: to straszne… To nie jest do opowiadania.

Byliśmy kompletnie gdzie indziej, do miasta nas przenieśli Rosjanie. Nas, i potem, kiedy kazali zbierać się, znaczy, co macie z sobą, możecie brać sobie na furmankę. A jaką furmankę, jeśli tyle czasu nie było nas w domu. Pozwolili tacie zajść do domu. Tato prosił, jako minimum, wziąć krowę, bo dziecko małe, i Sonia mała. Choć krowę dajcie zabrać. To chciał młodą krowę, bo mieliśmy dwie. Bo akurat krowa się ocieliła i młoda była. Młodej krowy nie dali. Tylko stare bierz.

Był koń. A jaki koń. Kiedy zaczęła się wojna, wielu wojskowych zabito; konie, które były jeździeckie, pouciekały. I wiele koni pouciekało w las, rozumiesz. I wtedy mój tato, i ten Polak, poszli do lasu łapać konie. Mieliśmy starego już konia i tato złapał, pamiętam jak dziś, białego konia. Taki ładny konik, Rosjanie mu nie dali. Chcesz, bierz stare, a stare, rozumiesz, tato mówił, to zębów nie ma, to jak ja wezmę starego. Co z nim będę robił? To wziąłem tylko konia. Oj, krowę. I ta krowa była u nas i w Donbasie. Tam ją zostawiliśmy.

Tato pracował w kopalni. Mówi, jak kochał majsterkowanie, stolarkę, wszystko, spytał go naczelnik i mówi, że naczelnik się zdziwił, dlaczego, czy skąd znam rosyjski. To ja mu mówię, że była wojna i tam ukończyłem taką szkołę. No, powiedział, to ty będziesz stolarzem w kopalni. Ta trzeba remontów, wszystko w tej sprawie robić. Nie wzięli taty na górnika i to go uratowało. Tak, gdyby tato był w kopalni, choć był stolarzem, to ciężka robota, a tak właśnie więcej tato zarobił. Na przykład ile miał chleba? Kilo czterysta, czy kilo dwieście. Już nie pamiętam. Coś koło tego.

Dziennie?

Chleba? Dziennie. Dniówkę. Całość. I trochę margaryny, masła nie było. A margaryna kiedyś była smaczna. Dosyć smaczna margaryna. Takiej margaryny i teraz nie ma. Cukry mieliśmy coś koło grama. Margaryna, cukier i olej. Tam jakoś tato ze swoimi kolegami, czy kim tam, czy tymi znajomymi, umówili się i poszli uciekać. Nie ma gdzie, bo nie ma gdzie nawet na kartkę odrobiny chleba wziąć ze sklepu, nie przywieźli. I przyszliśmy, byliśmy w szkole i coś, usłyszeliśmy, coś zagrzmiało. Do okna – nie widzieliśmy, a już potem, jak wyszliśmy ze szkoły, to zobaczyliśmy, że ten budynek – budynku nie ma. Tylko czarna jama. Znaczy, oni potem stwierdzili, tato mówił, że remont jakiś robili, na pewno. Mówił, że rzecz w tym, że pod tym budynkiem była przepaść.  Wszystko było rozkopane. Rozumiesz, wyleciało w powietrze. No, a ile, mówi, ziemia może wytrzymać. I mówił, ilu, ilu tam ludzi, którzy tylko przyszli ze zmiany. A to, brali w F30 wtedy nauczać do takiej roboty. W tym F30 na półtora roku, na rok, z sierocińca – brali takie biedne dzieci z przytułka, żeby się uczyły. Z bogatych rodzin, takich dzieci nie posyłali. No, a ot na takie to roboty. I to, to były, mówi, biedne dzieci. No, uratowało to, że większość dzieci była na robotach, a tam były tylko te dzieci, które dopiero co przyszły ze zmiany.