Zofia Raj

Zofia urodziła się 11 maja 1950 r. w Kętach, niedaleko Oświęcimia. Jest córką Stanisławy i Józefa, ale była wychowywana przez swoją ciocię Elżbietę i wujka Karola. Z mężem Romanem ma jedną córkę i dwóch synów.

Nazywam się Zofia Raj, urodziłam się w 1950 roku. Moi rodzice opowiadali mi swoje przeżycia z czasów wojny, wszystko, co wiedzieli na pewno.

Czy ludzie chcieli stąd uciec? Bali się, że zostaną przesiedleni?

Z początkiem wojny ludzie zaczęli uciekać, ale gdy dotarli za Wadowice, okazało się, że tam był jeszcze większy strach, jeszcze większy ogień, strzelanina, i wrócili z powrotem. Od tego momentu już nigdzie nie uciekali, czekali cierpliwie, co będzie dalej. Gospodarze, którzy mieli większe majątki, byli wysiedlani z domów, a na ich miejsce przychodzili gospodarze z Niemiec, tzw. Bauerzy, i prowadzili te gospodarstwa. Ci, którzy mieli małe gospodarstwa, musieli odrobić pewną liczbę dniówek u tych Niemców w ciągu tygodnia czy miesiąca, nie pamiętam dokładnie ile. Ogólnie Polacy byli dobrze traktowani przez Niemców, bo starali się dobrze pracować, żeby nie podpaść i nie zostać wywiezionym do obozu. Dużo gorzej działo się w tych okolicach po wkroczeniu wojska rosyjskiego. Dochodziło nawet do gwałtów dokonywanych przez rosyjskich żołnierzy. Do mojego domu została przydzielona rodzina z dwójką dzieci. Musieliśmy odstąpić im jeden pokój. Ich też było czworo, a to był malutki, drewniany dom. My mieszkaliśmy w jednym pomieszczeniu, a ta rodzina w drugim. Musieliśmy im też udostępnić kuchnię, żeby mogli sobie coś ugotować. Gdy ta przesiedlona pani szła z obiadem do męża, który pracował u Niemców, to ich dzieci zostawały pod opieką mojej rodziny. W naszej okolicy jest las i w tym lesie ukrywali się akowcy, partyzanci. Sąsiedzi dostarczali im po kryjomu jedzenie i pomagali im. Ostrzegali ich, żeby się ukryli, gdy nadchodziło wojsko. Później, gdy wszystko zaczęło być podejrzane, wojsko rosyjskie zaczęło przeprowadzać kontrole i przeglądy. Wówczas partyzanci przenieśli się w inne strony. Nie wiem, gdzie później przebywali. Z tego co mi wiadomo, było ich trzech i wszyscy przeżyli wojnę. 50 lat po wojnie znaleziono jeszcze w lesie ostre naboje, gdy wichura wyrwała drzewo z korzeniami. Zgłoszono to na policję, a co się z nimi stało dalej, tego nie wiem, bo nikt się tam już później nie zbliżał. Z mojej rodziny nikt nie zginął. Panował stres, ciągły strach, co się może wydarzyć, ale wszyscy ocaleli. Mój tata miał 18 lat, gdy zaczęto zabierać wszystkich na roboty do Niemiec. Miał uczulenie i straszne rany na nogach, bo to go swędziało, więc się drapał i ciągle miał obandażowane rany. Gdy zaczęli zabierać wszystkich młodych na roboty przymusowe, drapał te rany jeszcze mocniej, aż przez opatrunki przeciekała krew. Gdy im to pokazał, zostawili go w spokoju, bo takiego człowieka nie było im trzeba. Bali się, że może to gangrena. Dzięki temu ocalał, nie został wywieziony na roboty do Niemiec ani do Czech. Kiedy chodziłam do szkoły, uczono nas historii starożytnej, nie wspominano nic o wojnie. Dopiero gdy zmienił się ustrój w Polsce, zaczęto mówić prawdę. Oczywiście ten, kto był ciekawy, mógł się dowiedzieć tego, jak przebiegała wojna, ale oficjalnie nic się o tym nie mówiło.    

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: